Po angielsku, nie dziękuję
Lubię pierwsze razy. Żeby nie było niedomówień, mam na myśli pierwszy raz nad nową wodą… łowienie oczywiście. Nowy krajobraz, nierozpoznana woda, zarzucone zestawy, czekanie na pierwszy odjazd. Zawsze kiedy odwiedzam nowe łowisko, zwłaszcza tzw. dzikie, gdzie nikt tak naprawdę nie wie, co kryje ono w głębinach, wyobrażam sobie zmagania z rybą życia. Rzeczywistość zazwyczaj bywa jednak aż nazbyt prozaiczna. „Panie, wielkie ryby to tutaj były, ale ze trzydzieści lat temu” – często słyszę od napotkanych miejscowych. Zazwyczaj jednak im nie dowierzam, bo sami łowią leszczyki i okonki, bo przecież karpie to „zrywają wszystko”. Komu zrywają, temu zrywają.
Baitboatomania
Baitboatmania jak by to słowo nie brzmiało idiotycznie, to w całości oddaje to, co dzieje się przed rozpoczęciem karpiowego sezonu 2011. W poprzednich latach obserwowałem bardzo podobne zjawisko, ale dotyczyło przede wszystkim namiotów, wędek i kołowrotków. Technika XXI wieku błyskawicznie dotarła jednak również do nas.
Targi o targi
Od kiedy na poważnie zajmuję się wędkarstwem, początek roku liczę nie od 1 stycznia, a od targów wędkarskich. To już chyba, jak dobrze policzyłem, mój 17 rok targowy.
Magiczny Wygonin
Kto lubi powroty do rzeczywistości po urlopie? Chyba wyłącznie pracoholicy, ale oni zazwyczaj w ogóle rezygnują z urlopów. Nie zdążyłem się obejrzeć, a to już wrzesień. Długo nie siadałem do laptopa, bo pisanie blogów podczas urlopu nie należy do moich priorytetów. Od tygodnia praca wre, nowy „Karp Max” już prawie gotowy, tylko jeszcze relacje ze Srebrnego Haka i World Carp Classic i za tydzień do drukarni.
Ta druga część zdania to wcale nie jest pytanie, które zadaję sobie każdego ranka podczas porannej kawy. Taki temat jednak dość często pojawia się w rozmowach z karpiarzami. Ostatnio podczas Karp Festiwalu w Zabrzu miałem okazję porozmawiać z paroma osobami bywającymi w świecie, właśnie na temat naszych łowisk karpiowych.
Zacznijmy od Felka. Czytelnicy mojej książki „Karp” znają go doskonale. Był, przepraszam, jest w dalszym ciągu, realnym karpiem, moją pierwszą piętnastką plus, z którym wiążą się niezwykłe wspomnienia. To właśnie Felek stał się współ narratorem mojej książki, to on spod wody relacjonował życie w pewnym niewielkim jeziorze, opowiadał o pierwszym zetknięciu z dziwnymi kulkami i suszakami siedzącymi na brzegu. Iluż to czytelników sugerowało abym podjął kontynuację opowieści Felka Płetwy. No cóż, od 13 lat zabieram się za to i wciąż nie starcza czasu.
